
::
::
Book
::
Fav me
::
Past
::
Friends
::
Links
::
Clubs
::
Rights
Mpf...
niedziela, 10.stycznia.2010, 23:07
Póki co, przeprowadzam się na agravaine.photoblog.pl If anyone cares...
Ecrire
poniedziałek, 12.października.2009, 16:09
Parce qu'ecrire c'est guirlande, pompon, risette, ruban, et cetera. Ecrire, c'est rien qu'un mensonge qui enjolive.
I kogo obchodzi to, że nikt tego nie rozumie...
Vaine
Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem miłości do Poznańskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego, zwanego w skrócie eMPeKa. Pis end Low, moi mili!
Jako że dziś pierwszy dzień szkoły (juhu!) uznałam, że wypadałoby przyjść na czas. Więc wchodzę na przeuroczą stronę naszego drogiego MPK, coby sprawdzić rozkład jazdy, szukam tramwaju o szczęśliwym numerku 13 i cóż tam widzę? Komunikat, przepraszamy, ale rozkład jazdy tej linii nie istnieje. Zgon. Dobra, nie od dziś wiadomo, że rozkłady jazdy nie istnieją w ogóle, każdy jedzie, jak mu się podoba, wolna amerykanka i prawo dżungli. Ale wypadałoby zachować choć pozory.
Już jakiś czas temu Poznań, jako miasto know-how, zainwestował w automaty do sprzedaży biletów. Stoją sobie takie metalowe szafy na przystankach i w okolicy. Szpan, lans i w ogóle uhaha. Dzisiaj z ranka dostąpiłam po raz kolejny zaszczytu korzystania z tej machiny. Na lanserskim ekranie dotykowym z poczuciem dumy ze swojego miasta wybieram bilecik na 15 minut (za złotówkę, o zgrozo!) i wrzucam monetę. Wypada dołem. Dobra, nie poddawajmy się, próbuję raz jeszcze. Znowu klapa. Warczę pod nosem jakieś wyszukane przekleństwo i przeprowadzam reset systemu za pomocą solidnego kopniaka. Kurwa, dalej nic. Pora wytoczyć ciężką artylerię. Z duszą na ramieniu wyciągam z portfela dyszkę. Już myślę, że operacja zakończy się sukcesem, aż tu zgrzyt, brzdęk, sruuuut. Moja dyszka wystaje do połowy ze szczeliny i ani w jedną, ani w drugą. Ja pierdole. W końcu, po krwawych zmaganiach, udaje mi się odzyskać moje pieniądze, co z tego, że zwinięte w uroczy rulonik. Na ekranie wyskakuje komunikat: Ten automat nie przyjmuje banknotów. No, teraz to, kurwa, sama już wiem. W końcu poddaję się i do szkoły jadę na gapę. W zmaganiach "kto-kogo-przechytrzy" MPK vs. Kasia, MPK zdobywa kolejny punkt.
Po przeprowadzeniu skomplikowanych obliczeń doszłam do wniosku, że pieniądze zainwestowane w KomKartę zwrócą mi się już w 18 tygodniu. Juhu! Wyżuliłam od rodziców 370(!) złotych na ten cel i po szkole udałam się doładować kartę. Kolejka do punktu MPK owija się wokół Kaponiery trzy razy. No, dobra, przesadzam. Tak, czy inaczej, jest długa. W końcu dostaję się do okienka, a tam urocza panienka ze sztucznym uśmiechem i rekordowo długimi tipsami. I'm lovin' it. Po chwili oddaje mi moją KomKartę, mówiąc że jest doładowana. Mało z dumy nie pęknie. Ja pierdzielę, co najmniej jakby mówiła, "Gratuluję, jest pani w ciąży". Dobra, myślę, na dziś koniec kłopotów z MPK. Ale nie, już czekają na mnie kolejne niespodzianki.
Jadę sobie, jadę, oglądam urocze widoczki za oknem, aż tu nad uchem słyszę nieśmiertelne "Bileciki do kontroli proszę". U-hu, kanar! Podaję mu KomKartę. Pufa nad nią, dyszy i mlaszcze, aż w końcu dochodzi do ciekawego wniosku: "Psze pani, ta KomKarta jest nieważna". Jak to, kurwa, nieważna?! Koniec końców, okazuje się, że doładowana KomKarta jest ważna dopiero od następnego dnia. Zajebać panienkę z okienka! Kanar, obłaskawiony uroczym wyszczerzem z mojej strony podarował mi karę. Taki ostatni gest łaski nad pokonanym i pognębionym przeciwnikiem ze strony szlachetnego MPK.
Dzisiaj, jadąc jakże przeuroczym i aż lśniącym czystością tramwajem, jak zwykle umilałam sobie czas, czytając współpasażerom przez ramię. Takie moje niewinne hobby. Zazwyczaj przeważają jakieś przerażające romansidła, krwawe i przesycone seksem kryminały i thrillery i filozoficzny bełkot. Albo podręczniki od chemii i ekonomii. Ale dzisiaj zwieszałam się nad przemiłą panią pod sześćdziesiątkę. Kojarzycie na pewno taki obrazek – blond loczki utrwalone lakierem na twardy, jak kamień, hełm, solarka, tapeta na twarzy, aż dziw bierze, że ona jest w stanie utrzymać powieki otwarte. Moja biedna ofiara z zapałem wczytywała się w jakieś czasopismo dla kobiet, typu „Pani domu”, czy inna „Naj”. Najpierw poleciały standardowe historie „z rzyci… o, pardon, z życia wzięte”. Swoją drogą, jestem pewna, że te wszystkie wydawnictwa mają jakąś machinę do tworzenia takich historii. Wszystkie są podobne do siebie, jak dwie krople wody i beznadziejnie przewidywalne. Ale i tak najfajniejszym artykułem był ten z działu o zdrowiu.
Czy wiesz, że picie czarnej herbaty z cytryną może być powodem choroby Alzheimera?
Czy wiesz, że nawet bardzo mały kawałek wędzonej kiełbasy zawiera tak samo dużo substancji rakotwórczych co dym z wypalonych 20 papierosów?
Czy wiesz, że azotany i azotyny występujące w warzywach szklarniowych są przetwarzane przez żołądek na substancje rakotwórcze?
Czy wiesz, że witaminy, spożywane w nadmiarze, mogą stać się przyczyną wielu chorób?
I tak w koło Macieju. Dżizas. A czy wiesz, że życie grozi śmiercią?
Nie, ale poważnie. To chyba już przesada. Nie popadajmy w paranoję. Nie da się żyć całkowicie zdrowo. Jest taka choroba, paranoja na punkcie zdrowego odżywiania. Nazywa się ortoreksja. Nie jedz jedzenia z marketów, bo to chemiczna papka, aż strach pomyśleć, co tam jest. Mięso? Chyba żartujesz, aż się słabo robi, gdy pomyśleć, ile tłuszczu, chemii może w tym siedzieć. Jaja, mleko? A jak myślisz, czym te zwierzęta były karmione? I na pewno chorowały na ptasią, świńską i Bóg wie jaką grypę. No, to może warzywka i owocki? Phi, a pestycydy?
O, Jezu!
Gdy wróciłam do domu, trochę się wczytałam w ten chłam o zdrowym odżywianiu. I wiecie co? Naukowcy z sadystycznym uśmiechem ostrzegają nas, że jakieśtam żarcie jest rakotwórcze, a tymczasem substancje kancerogenne(fajne słowo, nie?) powstają, dajmy na to, gdy jedzenie poleży przez ileś lat w sprzyjających warunkach. Świetnie, nie?
Tak, czy inaczej, nie dajmy się zwariować. Błagam was, nie zrozumcie mnie źle. Nie namawiam nikogo do żywienia się chipsami i czekoladą i popijaniu tego colą i alkoholem, bo to JEST niezdrowe. Po prostu nie popadajmy z jednej skrajności w drugą, co?
O, bogowie, żebym JA urządzała wykład o zdrowym odżywianiu… Do czego to dochodzi w dzisiejszych czasach… A btw, te pierdoły pisałam, wpieprzając szklarniowe warzywka i popijając kancerogenną herbatę. Tylko, kurna, wędzonej kiełbasy mi brakuje.
Ave, Gravaine!
Jest godzina 19.30. Siedzę przed kompem. I marnuję czas.
Mówię sobie – jeszcze tylko jedna galeria na deviancie, jeszcze tylko jeden znajomy na naszej klasie. Ale nie. Po jednej galerii jest jeszcze jedna i kolejna.
Chwila, ale co tak irytująco tyka w tle? Aha, no tak. To czas ucieka.
Dobra, trza się ruszyć. Zaległe pracki do szkoły śmieją się złośliwie z kąta, barykada z brudnych naczyń chwieje się niebezpiecznie. Pięć tysięcy rzeczy czeka na zrobienie.
Raz, dwa, trzy, wstajemy! Phi, nic z tego. Krzesło zadziałało jakąś nieznaną fizyce siłą przyciągania i jakimś sposobem wcale się nie podniosłam. Ciekawostka.
Komórka pipczy nagle jak dławiony kurczaczek. No, co tam? Przypomnienie: „Odrób lekcje, wynieś śmieci, umyj naczynia, posprzątaj w kuchni, zmieć kurze w salonie, pozamiataj, bla, bla”. Spoko, przecież zdążę – myślę. – Mam jeszcze kupę czasu.
Ooo, ktoś napisał do mnie na gadu. Rozmowa toczy się wartko, ale nie schodzi na głębsze tematy. Ot, takie pierdoły. I tylko to „tyk.tyk.tyk” na granicy słyszalności.
Wspinam się na wyżyny aktywności i idę zrobić sobie herbatę. Potem zabiorę się za lekcje – postanawiam. Wstawiam wodę i siadam przy stole, czekając. Pod rękę nawija mi się jakaś książka. Hm, hm, co my tu mamy? Pilipiuk? Czytałam już ze sto razy, ale dobry Wędrowycz nigdy nie jest zły. Bimber, bimber, egzorcyzmy, komuchy, bimber. Oj, chyba woda już się zagotowała… Nie szkodzi, wstawi się jeszcze raz…
I tak przez pół dnia. Czas przecieka mi między palcami. Niby miałam wolne popołudnie, kupa czasu, żeby zrobić wszystkie rzeczy, na które normalnie nie ma się czasu. Ale oczywiście z tych planów nici. Całe popołudnie przemknęło jakoś boczkiem, zmyło się po angielsku, kiedy ja zajmowałam się pierdołami. No tak.
Kurna, szkoda tylko, że podobnie toczy się całe życie. Tracimy czas na błahostki, na chwilowe przyjemności, albo na sprawy, które nam wydają się ważne, a w rzeczywistości są nic nie warte. A omijamy rzeczy naprawdę ważne, te, o których marzy się nocą, w tych magicznych godzinach, gdzie wszystko wydaje się możliwe i człowiek ma odwagę głośno wypowiedzieć to, co za dnia bałby się nawet pomyśleć. Ech, dlaczego nie starcza nam ducha, by przekuć te marzenia w rzeczywistość, co? Gdybyśmy chcieli, potrafilibyśmy. A tak, to patrzymy tylko z zazdrością na tych, którzy się odważyli. Mówimy: też bym opłynął świat dookoła, też rzuciłbym tę nudną pracę i zajął zawodowo układaniem domina, też zapuściłbym najdłuższe włosy świata. Tylko dlaczego to wszystko jest w trybie przypuszczającym? Co nam stoi na przeszkodzie, żeby zrobić to coś, co nam się marzy? Odkładamy to w czasie, myśląc: nie teraz, teraz muszę skończyć dobrą szkołę, teraz mam rodzinę, dzieci, dobrze płatną pracę, może nie warto tego tracić…? Dlaczego tak jest, co?
I bonusik na koniec pod postacią piosenki.
WGB – Bez słów
Chodzą ulicami ludzie
Maj przechodzą, lipiec, grudzień,
Zagubieni wśród ulic, bram.
Przemarznięte grzeją dłonie,
Dokądś pędzą, za czymś gonią
I budują wciąż domki z kart.
A tam w mech odziany kamień,
Tam zaduma w wiatru graniu,
Tam powietrze ma inny smak.
Porzuć kroków rytm na bruku.
Spróbuj – znajdziesz, jeśli szukać,
Zechcesz nowy świat, własny świat.
Płyną ludzie miastem szarzy,
Pozbawieni złudzeń, marzeń.
Omijają wciąż główny nurt.
Kryją się w swych norach krecich,
I śnić nawet o karecie,
Co lśni złotem nie potrafią już.
Żyją ludzie, asfalt depczą.
Nikt nie krzyknie - każdy szepce.
Drzwi zamknięte, zaklepany krąg.
Tylko czasem kropla z oczu,
Po policzku w dół się stoczy,
I to dziwne drżenie rąk
To tyle. A nowe opowiadanie się rodzi. W bólach...
Bywajta, ludzie, Gravaine
Ekhm
wtorek, 3.lutego.2009, 17:40
Mała, malutka przerwa:P Po prostu szkoła zabija wenę... Wrócę, jak coś z siebie wyduszę.
Nadeszłam z nową częścią opowiadania. Musicie mi wybaczyć słaby poziom, notka w większości była pisana na kolanie w autokarze. Szczególnie dwa fragmenty, nie powiem, które, ale jak tylko je przeczytacie, stwierdzicie, ze to właśnie są fragmenty-które-nigdy-nie-powinny-być napisane-a-tym-bardziej-publikowane. Mniejsza z tym. Zapraszam do czytania. Aha, jeszcze jedno: ponawiam prośbę o wpisywanie sie do księgi gości, by być powiadamianym.
***
Świtało już, gdy Fahad wszedł do obozowiska Wilków. Coś wyraźnie było nie tak. Nikt nie stał na warcie, u wylotu jaskini, będącej ich schronieniem, żarzyło się ognisko, dymem oznaczając miejsce ich pobytu. Karygodne niedbalstwo, które mogło ich kosztować życie. Chlusnął wodą ze stojącego obok wiadra, zagaszając ledwo tlące się płomyki. W powietrze z sykiem uniosły się kłęby pary. Bezmyślnie wsadził w nie dłoń, przyglądając się, jak siwe wstążki przewijają mu się między palcami. Usłyszał za sobą ciche kroki, odwrócił się błyskawicznie.
- Fahad. - Naila była blada i zmęczona, głos miała jakby zmatowiały. - Jesteś wreszcie…
Coś w jej głosie, czy może postawie, pozbawionej zwykłej werwy, obudziło w nim dziwny niepokój.
- Coś się stało?
- Ja… - Naila przejechała ręką po twarzy. - Myślę, że powinieneś coś zobaczyć.
Skinęła na niego dłonią, każąc iść za sobą. Pełen najgorszych przeczuć wsunął się do jaskini. Na posłaniu Slibinas leżała jakaś kobieta. Na poduszce rozsypały się jej półdługie, złotobrązowe loki. Fahad podszedł bliżej, płomyk trzymanej przez niego lampki rzucił ciepłe światło na twarz leżącej. Zmartwiał. Lampka wysunęła mu się z dłoni, roztrzaskując na podłodze, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się, oszołomiony, w tak dobrze znane rysy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
***
Przestronna, jasna komnata. W kącie bawi się dwójka elfiątek. Ciemnowłosy, na oko jedenastoletni chłopiec wozi „na grzbiecie” dziewczynkę może o rok od niego młodszą. Jej jasnobrązowe, lekko kręcone włosy przytrzymuje złota obręcz. Dziewczynka zaśmiewa się do łez, poganiając „konia”. Zręcznie zsuwa się na podłogę, wdzięcznie marszcząc mały nosek, gdy kilka kosmyków wpada jej do oczu. Chłopiec uśmiecha się, opiekuńczym gestem obejmuje jej ramiona. Drzwi do komnaty otwierają się, staje w nich wysoka, dostojna elfka.
- Chodź, córeczko. - mówi łagodnym głosem do dziewczynki. - Pobawicie się jutro.
Chłopiec szybkim, gwałtownym ruchem podrywa się i klęka na jedno kolano.
- Królowo, moja pani. - jego głos dźwięczy szacunkiem.
Elfka z trudem powstrzymuje śmiech. Jak zabawnie wygląda ten mały, szlachetny rycerzyk, naśladując zadufane maniery dorosłych. Łaskawie uśmiecha się do niego. Potem obie panie wychodzą. Chłopiec zostaje sam.
Ta sama dwójka, teraz już prawie dorośli. Jest noc. Siedzą na trawiastej polanie, w dole widać światła Akademii Vrenny w Mayiel. Dookoła nich leży kilka opasłych tomisk: „Rośliny i ich właściwości”, „Filozofia”, „Wpływ faz księżyca na magię” i inne. Oboje patrzą w gwiazdy, migoczące na granatowym niebie. Dziewczyna wyciąga dłoń, dotykając dłoni chłopaka. Ich palce splatają się. Nic nie mówią, uśmiechają się tylko.
W sali tronowej panuje półmrok. Królowa jest zmęczona i napięta, coś ją trapi. Przed tronem klęczy na jednym kolanie czarnowłosy mężczyzna. Jego ukłon już nie bawi królowej.
- Chcę, żebyś został moim skrytobójcą. - mówi elfka smutnym, cichym głosem.
Elf podrywa głowę. Na jego twarzy malują się strach i obrzydzenie. Patrzy z niedowierzaniem na swoją panią.
- Nie mam innego wyjścia. - tłumaczy królowa. - Lada dzień nadejdzie czas na twojego poprzednika. Chcę, żeby przekazał ci swoje umiejętności, zanim umrze. Nadchodzą teraz niespokojne czasy. Przewodniczący Rady podburza lud przeciwko mojej władzy. Od północy nadchodzi wróg, już niedługo przekroczy granicę. Konflikty wiszą w powietrzu. Będę potrzebowała asasyna.
Elf zaciska zęby.
- Możesz odejść.
Elf wstaje chwiejnie, odwraca się i rusza ku wyjściu. Zatrzymują go ostatnie słowa królowej.
- Ufam ci. Nie zawiedź mnie.
Na korytarzu czeka na niego stary, siwowłosy, przygnieciony upływem czasu elf. Jego nowy nauczyciel. Ten, który nauczy go zabijać, który pozbawi go uczuć i emocji.
Jest jarmark. Sprzedawcy krzykliwie reklamują swoje towary, ktoś śmieje się hałaśliwie, ktoś ochryple nawołuje kompanów, zwierzęta hałasują. Przez wielobarwny, roześmiany tłum przeciska się kobieta okutana w obszerny płaszcz. Spod kaptura wysuwają się złotobrązowe loki. Wchodzi, rozglądając się uważnie, w cichy, ciemny zaułek. Z cienia wysuwa się czarnowłosy mężczyzna. Padają sobie w objęcia.
- Boże drogi, jak się za tobą stęskniłam… - szepcze elfka, wtulając się mocno w ukochanego, wsłuchując w bicie jego serca.
Elf przymyka oczy, wdychając ciepły zapach mięty i rumianku jej włosów. Gładzi lekko jej plecy. Po chwili wychodzą, trzymając się za ręce, na zalaną słonecznym światłem ulicę.
Jak szybko przemijają te, z trudem wykradzione, szczęśliwe godziny. Już dawno minęło południe. Na zamku z pewnością już odkryto ich nieobecność. Spychają te myśli na dalszy plan, starając się beztrosko bawić jeszcze te kilka chwil. Wreszcie lądują w cichej, rozedrganej od słonecznych promieni, uliczce, z dala od zgiełku. Coś, pewnie pobliski warsztat zielarki, pachnie oszałamiająco miętą i rumiankiem. Zapada pełna konsternacji cisza.
- Chciałbym ci coś powiedzieć… - elf wyłamuje sobie palce ze zdenerwowania.
Elfka pocałunkiem zamyka mu usta. Świat zatraca ostre kontury.
- Tam są!
Czyjeś silne ręce chwytają go za kark i brutalnie wyrywają z objęć królewny. Potężny cios zbija go z nóg. Dwóch strażników bez słowa ciągnie go w kierunku zamku. Elf rzuca spojrzenie w tył. Królewna stoi pod ścianą pod eskortą kilku żołnierzy. Policzki ma jeszcze zaróżowione od pocałunku, oczy jeszcze zamglone szczęściem.
- Pani?
Królowa odwraca się od okna. Patrzy z uwagą na swojego skrytobójcę - siwowłosego, starszego już elfa. Zastanawia się, czy podoła on zadaniu, które chce przed nim postawić.
- Chcę, żebyś pozbył się dwóch osób… - mówi w końcu.
Siwowłosy kiwa głową. Wie, o kogo chodzi. Pierwsza osoba jest łatwa do odgadnięcia - przewodniczący Rady ostatnio zbytnio przeciwstawia się królowej. Ale kto jest drugą osobą? Elf rzuca spojrzenie na królową. Już wie. Królewna zbliża się do wieku, w jakim panny zwykło się wydawać za mąż. Królowa zechce wydać ją za syna któregoś z możniejszych rodów. Przeszkodą w tym mariażu może być…
- Tak… - mówi władczyni. - Właśnie on…
W mieście panuje chaos. Strażnicy miotają się bezsilnie, szukając mordercy, który zabił przewodniczącego Rady. Na zamku, przed komnatą królewny, stoi dwójka halabardników. Czekają tylko na rozkaz. Zza drzwi dochodzą podniesione głosy.
- Jak mogłeś to zrobić?! - królewna jest wzburzona, ma łzy w oczach. - Jak mogłeś go zabić?!
Siedzący pod oknem czarnowłosy elf garbi się lekko pod ciężarem jej słów.
- To nie ja go zabiłem - szepcze.
- Dowody są niepodważalne! Nikt, poza tobą, nie zatruwa swoich strzał taką trucizną! A na dodatek trzymałeś w rękach łuk! To nie mógł być nikt inny!
- Ja…
- Moja matka kazała ci go zabić! A ty to zrobiłeś!
- Nie przeczę, że otrzymałem taki rozkaz, ale…
- Zabiłeś go! Zabiłeś innego elfa! Ty…
- To nie…
- Ty morderco!!!
- TO NIE JA GO ZABIŁEM!!!
Oboje milkną, oddychając ciężko.
- Przecież mnie znasz… - głos czarnowłosego jest pełen napięcia. - Powiedz, czy naprawdę myślisz, że mógłbym go zabić z zimną krwią, że mógłbym się potem tego wypierać? Myślisz, że nie wyczytałabyś ze mnie, że planuję coś takiego?
Królewna wpatruje się w elfa uważnie, chcąc wyczytać w jego oczach prawdę. Wreszcie kręci głową.
- Przykro mi. Chyba jednak cię nie znam… - szepcze zachrypniętym głosem.
Na ustach mężczyzny wykwita, całkowicie wbrew niemu, okrutny uśmiech.
- Wiesz, co ci powiem? - mruczy pod nosem, patrząc spod oka na kobietę. - Ty wiesz, że to nie ja go zabiłem… Wiesz o tym dobrze, ale boisz się powiedzieć to głośno. Boisz się przeciwstawić woli królowej, boisz się odrzucenia, kiedy powiesz coś innego niż wszyscy, boisz się porzucić łatwe i wygodne życie, jakie teraz prowadzisz. Boisz się zdecydować, kim naprawdę jesteś.
Twarz elfki wykrzywia grymas złości. Unosi rękę.
- Straże! Pojmać tego mordercę!
Elf podrywa się gwałtownie. Rzuca przerażone spojrzenia wokoło, jak zaszczute zwierzę, szukając drogi ucieczki. Do komnaty wpadają halabardnicy. Czarnowłosy w desperackiej próbie ratowania się wskakuje na parapet otwartego okna, pod którym płynie zamkowa fosa. Rzuca ostatnie spojrzenie elfce i odpycha się od ściany. Oczy elfki rozszerzają się z przerażenia, usta jej drżą. Po chwili zakłada ręce gwałtownym ruchem i wychodzi z komnaty.
Kilka pięter niżej, w lochach, siwowłosy elf metodycznie myje szklane fiolki po truciźnie. Na stoliku obok czeka na niego flaszka wina i wypchany mieszek - nagroda od królowej za zakończony sukcesem zamach.
Kilka kilometrów za stolicą, w lesie, nad rzeką, obozuje banda rozbójników. Rozmawiają, śmiejąc się głośno. Nagle ich uwagę przyciąga coś innego. Rzeką płynie kłoda drewna, a dwie ręce kurczowo przytrzymują się wystających sęków. Rozbójnicy wyciągają na brzeg podtopionego, czarnowłosego elfa. Jest wycieńczony, na skraju śmierci. Kaszle, omal nie wypluwając sobie płuc, rozpaczliwie usiłuje wziąć oddech. Lewa ręka zwisa mu bezwładnie, zgięta pod dziwnym kątem. Ktoś pochyla się nad nim. Czarnowłosy widzi czekoladowe, wielkie oczy i szopę ciemnobrązowych włosów, przytrzymywanych czerwoną, wyszywaną złotem przepaską. Potem traci przytomność.
***
- Fahad? Wszystko w porządku?
Elf zadrżał cały pod dotykiem dłoni Slibinas, położonej na jego ramieniu. Wspomnienia odpłynęły. Strącił rękę smoczycy i bez słowa wyszedł z jaskini. Wilki odprowadziły go przestraszonymi, nic nierozumiejącymi spojrzeniami, ale on nawet nie zdawał sobie sprawy z ich obecności. Myśli i uczucia kłębiły się w jego głowie, zaburzając jasność myślenia.
- Fahad?! - Slibinas chciała pobiec za nim.
- Nie teraz. - powstrzymała ją Naila. - Musi przemyśleć parę spraw.
***
Fahad piętami pogonił wierzchowca. Gnał na złamanie karku przez pustynię Eireene. Miał nadzieję, że szaleńcza szybkość wywieje z głowy przykre wspomnienia, ale obrazy z przeszłości nie dawały o sobie zapomnieć. Boże, jak mocno zapadły w pamięć tamte zdarzenia… To było tak dawno, tak strasznie dawno, zanim jeszcze na swych okrętach przybyli ludzie, by palić i mordować. A jednak pamiętał wszystko z taką wyrazistością, jakby zdarzyło się to wczoraj. Pamiętał wszystkie szczegóły, wszystkie uczucia i emocje, wszystkie zapachy i kolory, choć tak bardzo starał się zapomnieć. Miał nadzieję, że nigdy już nie będzie musiał myśleć o przeszłości, chciał żyć teraźniejszą chwilą, a teraz przeszłość zmusiła go by stanął twarzą w twarz z wspomnieniami. Jak ma rozmawiać z kimś, kto go kochał, a potem po prostu stchórzył?
Noo, dobra, na początek kolejna porcja narzekań. Przepraszam wszystkich, ze nie komentuję, ale teraz w domu to ja tylko śpię. Czy tylko ja nie mam w wakacje czasu? Odnośnie notki, jak zwykle nie jestem zadowolona. Wyszła chyba trochę zbyt… dramatyczna i patetyczna. Cóż, oceńcie sami.
Odpowiadając na Wasze komentarze:
Enyo, może masz trochę racji, ale spróbuj się wczuć w sytuację: jesteś rozbójnikiem, za Twoją głowę wyznaczono nagrodę, niedawno dokonałaś zuchwałego napadu, a teraz siedzisz sobie w karczmie, dookoła pełno ludzi, w zasadzie każdy z nich może na Ciebie donieść. Gospoda jest podła, siadują tam tylko okoliczni chłopi, więc każdy zna każdego, a nawet gdyby ktoś obcy miał jakąś sprawę w tej okolicy, na pewno znalazłby sobie przyjemniejsze miejsce. Więc co mogłabyś sobie pomyśleć, gdy do takiej karczmy wchodzi sobie ktoś całkiem obcy, wygląda na nawykłego do rozkazywania, a na dodatek bacznie się rozgląda? Szpicel, bez dwóch zdań. A kogo, lub czego, może szukać? Ciebie, naturalnie, bo kogo innego. Więc chyba lepiej zwrócić na takiego uwagę. Uff, ale się rozpisałam :D:D
Aha, jeszcze jedno: żałuję, ale to nie ja wymyśliłam hasło i odzew. Może Was to zaskoczy, ale pochodzą one z książki S. Pagaczewskiego „Porwanie Baltazara Gąbki” Tak, tak, tego od Smoka Wawelskiego:D
Cóż, koniec tego nieco przydługiego wstępu. Zapraszam do czytania:
***
- Zbieramy się, wiara! - zarządził Ravel.
Towarzystwo leniwie wstawało od stołów, dopijając ostatnie łyki piwa. Ktoś zatoczył się lekko, ktoś złośliwie podstawił mu nogę, ktoś solidnym kopniakiem budził smacznie śpiącego pod stołem Adona Mamzera. Naila z żalem wyplątywała się z objęć jakiegoś wioskowego przystojniaka.
- Aye, aye, kapitanie! - zasalutowała niedbale, stając przed Ravelem, z krzywym uśmieszkiem na twarzy.
Ewidentnie miała kłopoty z utrzymaniem pionowej postawy.
Wyszli w chłodną, aksamitną noc. Ciemność litościwie skryła brud i biedotę wioski. Srebrne światło księżyca wydobywało z niej tylko łagodne, nierealne piękno. Szli, ciesząc się w milczeniu tą atmosferą, pełną magii i spokoju.
W którymś z zaułków rozległ się przeciągły krzyk. Nagle zza zakrętu wyjechał konny w pełnym galopie. Skręcił ostro, ślizgając się w błocie, zwierze zachrapało dziko, omal się nie przewracając. Wilki w jednej chwili rozpierzchły się na wszystkie strony, unikając stratowania. Naila wybuchnęła potokiem inwektyw. Jeździec pędził w kierunku, bliskiej już, bramy. W uliczkach dookoła słychać było okrzyki pogoni. Nagle w ciemnym otworze bramy zamigotały złociście pochodnie. Jeździec zaklął i szarpnął wodze. Wierzchowiec wspiął się na tylne nogi, rżąc przeraźliwie, zawracając niemal w miejscu. Człowiek cudem chyba utrzymał się w siodle. Rozejrzał się, rozpaczliwie szukając drogi ucieczki. Wał ziemny, otaczający wioskę w kilku miejscach został wymyty przez niedawne ulewy. Taką właśnie przerwę wypatrzył uciekający. Wrzasnął świdrująco, przenikliwie, zagrzewając zwierzę do biegu. Z zaułka wyprysnęło kilkoro konnych z pochodniami w rękach. Zbieg pochylił się nisko nad karkiem wierzchowca, wyciskając zeń ostatnie siły. Jeśli udałoby mu się pokonać przeszkodę, pogoń nie miałaby już najmniejszej szansy, aby go dogonić.
- Bogowie! Przecież po drugiej stronie jest wykrot! - Slibinas zakryła usta dłońmi.
Wszyscy zamarli na przeraźliwie długą, pełną napięcia chwilę. Koń z łatwością pokonał przeszkodę, nawet nie dotykając kopytami wału. Sekundę później przeszywający kwik zwierzęcia i pełen bólu okrzyk jego pana zlały się w jedno.
W ciężkiej ciszy, która potem nastała odezwał się jeden z goniących. Głos miał chłodny i opanowany.
- Przedstawienie skończone. Już po wszystkim.
Machnął ręką, dając sygnał do odwrotu. Konni odjechali bez słowa, znikając w ciemnych uliczkach. Przez chwilę było jeszcze słychać cichnący stukot kopyt.
***
Fahad leżał w krzakach, wściekły, jak osa. Jeśli chodzi o poszukiwania tamtej kobiety, dwaj mężczyźni ograniczyli się do stwierdzenia, że nic nie znaleźli. Więcej elokwencji wykazali, opisując poznane podczas poszukiwań piękne wieśniaczki.
Gdzieś w lesie zadudniły kopyta. Obaj poderwali się, przestraszeni.
- Eeeech, patałachy! - jeździec zaśmiał się drwiąco, wjeżdżając w krąg światła, rzucanego przez ognisko. Koń tańczył pod nim, wstrząsając dumnie grzywą. - Wy tu bąki zbijacie, przy ognisku dupy grzejecie, a inni za was czarną robotę odwalają. Ale i nagroda nie wam przypadnie.
- Macie ją? - uniósł brwi ten o ptasiej twarzy.
- Już po niej. - przybysz cały czas zdawał się naigrywać z dwójki towarzyszy. - A siedemdziesiąt srebrników dla mnie i moich ludzi.
- A po podziale zostanie dla każdego tyle, co kot napłakał. - jasnowłosy wzruszył ramionami.
- Lepsze to niż nic. A co, zazdrościsz? Trzeba było samemu się napracować!
Fahad nie widział sensu w dalszym przysłuchiwaniu się sprzeczce. Sprawa tamtej poszukiwanej kobiety była już zamknięta. Pora wracać do domu. Cicho, bez jednego szelestu wysunął się z zarośli i zniknął wśród drzew.
***
- Ravel? - głos Hyote’a był cichy, ochrypły.
- Daj spokój. Nie miał szans. Wracajmy lepiej do domu. Ktoś może powiązać nas z jego śmiercią.
- Ravel… Może jednak…? Cuda się zdarzają.
- No, dobra. Idź.
Hyote z lekkością, o jaką trudno byłoby go podejrzewać przesadził wał i zgrabnie wylądował po drugiej stronie. Nieznajomy leżał na dnie rowu dziwacznie skurczony. Obok szamotał się jego koń, rżąc żałośnie. Miał połamane nogi. Hyote przykucnął przy leżącym. Czy tylko mu się wydawało, czy ten poruszył się lekko? Sprawdził puls. Choć wydawało się to nieprawdopodobne po takim upadku, nieznajomy żył jeszcze. Hyote zawołał resztę drużyny. Zeszli, ślizgając się na rozmoczonej ziemi na dno jaru. Hyote ostrożnie starł błoto z twarzy rannego. Zbladł.
- Bogowie, to elfka!
- Co z nią? - spytał rzeczowo Ravel.
- Nie jest dobrze…
- Jakoś z tego wyjdzie. - zawyrokowała Naila, przybierając mądrą minę. - My, elfy, mamy niezwykle silne organi… - zamarła, wpatrując się w twarz elfki z niezwykłą u siebie powagą. - O, kurwa… Fahad będzie nieźle zdziwiony…
***
Aha, mogłabym prosić wszystkich, którzy by chcieli być powiadamiani o wpisanie się do księgi? Mam trochę problemów z wyszukaniem wszystkich w komentarzach.
Uff, wreszcie wymęczyłam tę notkę:D Niestety, moja wena ogłosiła strajk, więc większa część notki to pożałowania godne pierdy. Szczerze mówiąc, Wilki zaczynają mnie już denerwować. Postaram się szybka z nimi skończyć i zająć się czymś innym.
Aha, jeszcze odnośnie Waszych komentarzy :D Z tym, ze Wilki są podobne do Robin Hood'a i jego kompanii, to wiem, ale z tymi Wiewiórkami to mnie zaskoczyło. Bardziej skłaniałabym się już ku Szczurom. Wiewiórki walczą za idee, nie dla łupu, a Wilki wręcz przeciwnie, podobnie jak Szczury.(Heh, brzmi to jak dyskusja stukniętych zoologów:D - Wilki są, jak Wiewiórki... - Nie, nie, bardziej jak Szczury :D) Dobra, mniejsza z tym... Voila:D
***
Oberża, w której siedzieli, zdecydowanie nie należała do najprzyjemniejszych. Szczerze mówiąc, był to jeden z bardziej obskurnych spelunków w okolicy. Jednak fakt, że karczmarz był zaufanym człowiekiem, całkowicie rekompensował zarówno snujący się pod powałą smrodek i blaty stołów popaprane dziwną substancją o nieapetycznym kolorze, jak i dziewkę służebną, którą nietrudno było pomylić z buszującą na podwórzu maciorą. Tak, czy inaczej, Wilki czuły się tu bezpiecznie.
W gospodzie było tłoczno i gwarno. Chłopi, wracając z okolicznych pól wstępowali na kufel piwa. Zazwyczaj na jednym się nie kończyło. Wilki rozsiadły się w kącie w miłym towarzystwie dzbanów z piwem i świńskiej półtuszki. Fahad uśmiechał się ironicznie. Zawsze go zastanawiało, czy ludzie wiedzą, jak obrzydliwie wyglądają, kiedy tak żrą. A Naila coraz bardziej się do nich wszystkich upodabniała. Z nudów zaczął podsłuchiwać rozmowy siedzących obok wieśniaków.
- …A ja ci powiadam, że w tym roku nie pszenica obrodzi, ino owies!... - Eee, nic ciekawego…
- … a sołtysową babę pono widziano wczora o północku u starego młyna.- A co ty żeś tam, bratku, o tej porze robił, że ją widziałeś, hę?
- Aaa, u tego młyna, co to młynarz duszę diabłu zaprzedał? Będzie już z rok, jak zniknął. Pewnikiem biesy go do piekła porwały. - Co za bzdury! Młynarz schlał się, wpadł do rzeki i utopił. Znaleźli nawet jego ciało.
- Ano. A sołtysowa to ani chybi wiedźma. Zbierała składniki do magicznych mikstur z uroczyska… - Phi, żebyś ty miał jakiekolwiek pojęcie o magii, pacanie… I coś się tak przyczepił do tej sołtysowej? Nie chciała z tobą iść do łóżka, czy co?
Nagle drzwi karczmy otworzyły się z trzaskiem. Do wnętrza napłynęło falą chłodne powietrze nocy. Przybysz był niski i drobny, o ptasiej twarzy i półdługich jasnoszarych włosach. Obrzucił gospodę długim, uważnym spojrzeniem.
- Karczmarzu, piwa! - zarządził, rzucając na szynkwas monetę. Oberżysta złapał ją zręcznie i nalał gościowi trunku.
Fahad kopnął Ravela pod stołem. Obcy wyglądał na jakąś znaczną personę. Co mogło go sprowadzać do tej nędznej karczmy?
Nieznajomy wypił piwo i skinął na karczmarza, by się pochylił. Przez dłuższą chwilę szeptał mu coś do ucha. Oberżysta słuchał uważnie, potakując, splótłszy serdelkowate paluchy na wydatnym brzuchu. Później jasnowłosy rzucił mu jeszcze jedną monetę i wyszedł.
- Fahad?
- Pytał się, czy nikt nie widział w okolicy dziwnie wyglądającej kobiety. - referował elf. - Potem kazał karczmarzowi zbierać informacje i obiecał, ze jeszcze wróci i, jeśli wiadomości okażą się przydatne, suto go wynagrodzi.
- Pewnie biedakowi zwiała żona. - zastanowił się Hyote.
- Też bym zwiał. - prychnął lekceważąco Adon Mamzer. - Facet wygląda jak oskubany kurczak.
- A od jakiego byś nie zwiał, co? - zaśmiała się Naila.
Ravel zagryzł wargę.
- Fahad, dowiedz się, co to za jeden i czego chce. - zwrócił się do elfa.
Czarnowłosy z ulgą wstał od stołu. Nareszcie coś się dzieje.
Chłodne, nocne powietrze orzeźwiło go i wyostrzyło zmysły. W srebrzystym świetle księżyca ślady tamtego widać było, jak na dłoni. Tutaj przystanął na chwilę, tam natomiast się potknął. Elf dokładnie obejrzał to miejsce. Kto wie, może coś wypadło tamtemu z kieszeni? Fahad nie mylił się. Wdeptana w błoto, na podwórzu leżała rzeźbiona fajeczka. To potwierdziło jego przypuszczenia, że ma do czynienia z kimś możnym.
Potem nieznajomy najprawdopodobniej odwiązał konia od parkanu i wyjechał przez bramę. Fahad ruszył jego tropem. Ślady prowadziły drogą jakieś kilkaset metrów, potem skręcały w las. Pod zwartym sklepieniem drzew brakowało światła, ale dla bystrych oczu elfa trop nadal stanowił otwartą księgę. Po jakimś czasie poczuł zapach dymu. Czyżby tamten rozpalił ognisko? Fahad ostrożnie podkradł się do obozowiska. Jasnowłosy siedział na małej polance, grzejąc dłonie w cieple ognia, szczelnie okutany płaszczem.
Następnych kilka godzin Fahad marzł, zagrzebany w krzakach, atakowany przez chmary komarów, cierpliwie przyglądając się, jak tamten popija coś z bukłaka, niezdarnie oprawia królika, omal nie obcinając sobie palców, a potem spala zwierzę na węgiel, usiłując upiec je nad ogniskiem. Kolejne fakty, świadczące o tym, że nie jest to zwykły mieszkaniec tych wiejskich okolic.
W końcu cierpliwość elfa została nagrodzona. Po przeciwnej stronie, niż stałą karczma, coś zaszeleściło w krzakach. Ktoś nadchodził. Jasnowłosy zerwał się trwożliwie na równe nogi.
- Dudni woda, dudni! - wrzasnął ten z krzaków.
- W cembrowanej studni! - powiedział jasnowłosy z wyraźną ulgą.
Fahad pokręcił z niedowierzaniem głową, słysząc ten ambitny odzew i hasło.
W krąg światła rzucanego przez ognisko wszedł wysoki, chudy człowiek z bladą blizną przecinającą twarz.
- I? - zawiesił głos, spoglądając wyczekująco na swojego kompana.
Tadam, koniec. Trochę krótko i bez sensu:D
Cóż, nowe opowiadanie... Tym razem bardziej fantastyczne. Zapraszam:
***
Niektórym w życiu brakuje wszystkiego… Miłości, pieniędzy, szczęścia, wiedzy, czy urody… Ale są też tacy, którzy mają wszystkiego aż nadto. Na przykład lady Mivalle de Riberenn. Bogata szlachcianka, jedyna spadkobierczyni ogromnej fortuny de Riberennów, ambitna, inteligentna absolwentka Akademii Vrenny, dumy stołecznego miasta Mayiel. Do tego młoda i piękna. Wszystko chyba, czego możnaby sobie zażyczyć. Ale nadmiar szczęścia to kuszenie losu…
***
Lady Mivalle wracała z corocznego objazdu swych posiadłości. Zbieranie podatków, sądy i temu podobne. Nudy, jakich mało, ale dwa wozy wypełnione po brzegi worami ze zbożem, a ponadto cała szkatuła srebrników stanowiły wystarczające wynagrodzenie. Znacznie mniej przyjemny był przejazd przez Puszczę, której wschodni kraniec obejmowały jej włości. Nie dosyć, że tamtejsi chłopi nie byli bogaci, a co za tym idzie i podatki wyglądały marnie, to jeszcze sama przeprawa przez las… Eeech, szkoda gadać.
- Długo to jeszcze będzie trwać? - lady skrzywiła piękne usteczka w grymasie niezadowolenia, wyglądając przez okienko stojącej w bezruchu już od dłuższej chwili karocy. Ludzie, zmęczeni, brudni i spoceni, uwijali się dookoła jednego z wozów, na dobre unieruchomionego w błotnym bajorze. Ani myśleli wdawać się w rozmowy ze swoja panią. Mivalle opadła na haftowane złotymi nićmi poduszki z teatralnym westchnieniem osoby ciężko, a niesłusznie doświadczanej przez los. Od trzech dni przeprawiali się przez tę cholerną Puszczę. Wiosenne roztopy uczyniły z przejezdnych traktów błotniste mokradła. Co i rusz któryś z powozów zapadał się w śmierdzącą breję aż po osie. Wyciągnięcie go zabierało kolejne cenne minuty. Lady uderzyła malutką piąstką w poduszkę. Powinno się przeprowadzić normalne, brukowane drogi przez to zadupie! Wreszcie kolumna wozów ruszyła z miejsca. Mivalle usadowiła się wygodniej i przymknęła oczy. Na jej ustach wykwitł półuśmiech zadowolenia.
W tym momencie, cicho jak duch, przez okienko do karocy wsunął się ciemno odziany, czarnowłosy człowiek. Mivalle wytrzeszczyła na niego osłupiałe oczy. Nieznajomy ruchem tak szybkim, że niemal niezauważalnym wyszarpnął nóż zza pasa i przyłożył jej do gardła.
- Jeden niepotrzebny ruch, albo słowo, a pożegnasz się z tym światem, lady… - specyficzny akcent uzmysłowił Mivalle, z kim ma do czynienia. Elf! Zdrętwiała, lodowate uczucie strachu spłynęło jej do żołądka. Zacięcie, z jakim niedobitki Starszego Ludu zabijały swoich prześladowców było wręcz przysłowiowe.
- Każ zatrzymać tabor. - wzdrygnęła się, słysząc cichy jak oddech, szeleszczący głos tuż przy swoim uchu.
Otworzyła usta, ale nie była w stanie wydobyć głosu ze ściśniętej krtani. Elf potrząsnął nią lekko i nacisnął mocniej nóż. Przełknęła z trudem ślinę.
- Zatrzymać się… - zwątpiła, czy ktokolwiek to usłyszał. - Zatrzymać się!
Wozy stanęły, skrzypiąc przeraźliwie dawno nieoliwionymi osiami. Młody dowódca straży, Ferras Muin, podjechał do wozu Mivalle.
-Pani, coś się sta…! - słowa uwięzły mu w gardle, wybałuszył przerażone oczy na elfa.
- Jeden ruch, a ona zginie!
Ferras zamarł z ręką na głowicy miecza, w myślach gorączkowo szukał wyjścia z sytuacji. Taka porażka już na samym początku kariery zamknęłaby mu niechybnie dalszą drogę w profesji żołnierza. Elf wyskoczył z powozu, nadal zasłaniając się lady, jak tarczą. Wtem na ścieżce zaroiło się od bandytów, jego wspólników. Rozbrajali świtę z szybkością i sprawnością, znamionującą doświadczenie w takich sprawach. Mivalle patrzała na to wszystko z rosnącą wściekłością. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że te rzezimieszki nie wiedzą o szkatule pełnej monet i zadowolą się tylko zbożem…
Niestety!
- Ty, szlachetny panie! - jeden z opryszków, potężny, szeroki w barach jak niedźwiedź, wskazał sztychem ogromnego pałasza któregoś z ludzi lady - Wydobądź no szkatułę i tak z pięć worów ziarna! Tylko żwawo!
- Jaką szkatułę?!? - żołdak nieudolnie usiłował wyprowadzić olbrzyma w pole.
- Przestań się zgrywać, głupcze! - warknęła Mivalle - Daj, czego żąda!
- Słuszna decyzja, pani. - bandyta skłonił głowę w jej stronę - Dajcie nam, co chcemy, a wtedy capillus de capite vestro non perbit.1
Mivalle uniosła brew, zdziwiona. Skąd taki prostak i cham może znać łacinę? Nagle kątem oka uchwyciła szybki, gwałtowny ruch Ferrasa. Coś szarpnęło nią i rzuciło o ziemię, przed oczyma mignęła jej ciemna, rozmazana błyskawica. W następnej sekundzie ciemnowłosy elf obojętnie ocierał nóż z krwi, a u jego stóp, podrygując w agonii, konał jej kapitan straży. Krew płynęła szybko, barwiąc karminowo trawę. Mivalle, drżąc cała, uniosła się na czworaki i zwymiotowała. Elf spojrzał na nią z źle ukrywaną pogardą. Reszta bandy w tym czasie załadowała ukradzione dobra na konie, uprzednio wyprzęgnięte z wozów.
- Zbieramy się. - zarządził wysoki, brązowowłosy, śniadoskóry osobnik, chyba herszt. Był człowiekiem. Albo w pełni wyzbył się elfiego akcentu. Rzucił ciemnowłosemu kuszę. - Niech nikt nie próbuje nas śledzić.
W ciągu kilku sekund cała kompania zniknęła pośród drzew. Mivalle, kredowobiała na twarzy, wciąż wstrząsana dreszczami, wstała niepewnie. Oparła się o wóz i rozejrzała po ścianie lasu. Nic wprawdzie nie zobaczyła, ale głowę by dała, że gdzieś tam, w gęstwinie, pośród gałęzi i listowia czarnowłosy elf właśnie mierzy z kuszy prosto w jej pierś.
***
Rozbójnicy rozsiedli się wygodnie pośród skał. Było ich tylko siedmiu. W zasadzie dużo ryzykowali, atakując oddział przewyższający ich liczebnością niemal trzykrotnie, ale kto mógł się oprzeć takim zawodowcom, jak oni? Nazywali sami siebie Ker Ilith, Wilki po elficku. I byli, jak wilki - zgrani, okrutni i skuteczni. Polowali głównie na traktach w Górach Sowich, czasami zapuszczali się na południe, na Pustynię Eireene, a czasem, jak dziś, szli w Puszczę. Rabowali tylko możnych, za to ci biedniejsi często mogli liczyć nawet na ich pomoc. Wbrew pozorom, nie wynikało to z pobudek serca. Nie, chodziło o korzyści. Wspomożeni biedni odpłacali się darczyńcom na przykład schronieniem w razie pościgu. Cesarz wyznaczył za ich głowy wysokie nagrody, ale, jak dotąd, zawsze udawało im się umknąć z rąk prześladowców.
Na samym początku Wilki, kiedy jeszcze składały się z samych elfów, po prostu mordowały ludzi, w odwecie za zbrodnie dokonane na Starszym Ludzie, nawet nie zabierając łupów. Potem kilkoro z nich zginęło, inni odeszli. Z pierwotnej grupy zostało tylko dwóch - Naila2 i Fahad3. Naila, elfka, dawna piratka, właścicielka czekoladowych sarnich oczu i ogromnej szopy ciemnobrązowych włosów, kochała kolorowe, bogate stroje i ozdoby. Świetnie walczyła szablą i rzucała nożami. W piciu i przeklinaniu także nie miała sobie równych. Fahad natomiast był skrytobójcą. Małomówny, nierzucający się w oczy, stanowił idealnego mordercę. Mistrz we wszystkich metodach pozbawiania drugiej osoby życia. Długo trwało, zanim reszta drużyny wyzbyła się pewnego przed nim lęku. Niegdyś Naila założyła się z jednym ze swych kochanków, że nikt nigdy nie widział Fahada ubranego inaczej niż na czarno. Zakład wygrała - czarnowłosy elf zdecydowanie nie gustował w jasnych kolorach.
Gdy nagonka na Starszy Lud nieco osłabła, do elfiego duetu zaczęli przyłączać się ludzie. Pierwszy był Ravel. Wichrzyciel i mąciwoda, trzy wyroki śmierci na karku, maczał palce chyba w każdym buncie i przewrocie przeciw władzy. Uciekając przed którymś z kolei pościgiem całkiem przypadkiem natknął się na kryjówkę Naili i Fahada. Elfowie ugościli go, pomogli zmylić pogoń, a potem już został. Ravel był niepoprawnym optymistą, święcie wierzył, że któryś bunt „musi się udać”. Zawsze radosny, jak skowronek, zawsze tryskał energią. W drużynie pełnił nigdy niemianowaną funkcję herszta.
Wkrótce po nim do Wilków dołączyli Moyna i Hyote. Para zakochana w sobie po uszy, choć pozornie zupełnie do siebie niepodobni. Ona - najemny żołnierz, chuda, drobna dziewczyna, on - domorosły filozof olbrzymiej postury, nigdy nie tracił okazji, żeby wtrącić łaciński cytat adekwatny do sytuacji.
Potem pojawił się Adon4 Mamzer5 - bękart Jego Cesarskiej Mości. Poczęty w jakiejś zapomnianej wiosce, podczas wojny, w wieku kilku lat został przez swego ojca zabrany na dwór, gdzie otrzymał staranne wychowanie. Po paru latach stanął przed rodzicielem i zażądał praw do sukcesji po nim. Gdy mu ich odmówiono, przystał do Wilków, zapowiadając ojcu powrót. Niemało, oj niemało, napsuł tym krwi swojemu tatusiowi. Ostatnia do Ker Ilith dołączyła Slibinas6. Drobniutka, delikatna dzieweczka, długie, jasne włosy, wielkie oczy koloru niezabudek. Natknęła się na Wilki podczas spaceru po lesie. Jakież było ich zdziwienie, gdy, w obliczu zagrożenia, niewinna osóbka w bielutkim giezełku, w ciągu paru sekund zamieniła się w… smoka. Slibinas była jednym z ostatnich przedstawicieli tego ginącego gatunku. Jej to przede wszystkim Ker Ilith zawdzięczali opinie przerażonych kupców, opowiadających na targach o „dyszących siarką demonach z piekła rodem, czających się na biednego wędrowca w smrodliwych, ciemnych jaskiniach, przy tym przeklętym - bogowie, chrońcie - trakcie”.
Przypisy:
1(łac.)Włos z głowy waszej nie zginie (Ewangelia wg św. Łukasza)
2(arab.) zdobywczyni
3(arab.) ryś
4(hebr.) pan
5(hebr.) bękart
6(litw.) smok
To tyle:) Jak sie podoba? Aha, jeszcze jedno: zapewne ktoś będzie sie czepiał łaciny w fantastycznym świecie. Dlatego uprzedzam takie komentarze: Pewnie, mogłabym wymyślić jakiś tam język, ale nie potrafiłabym nadać mu takiego charakteru, jak ma łacina. Bo łacina ma w sobie takie... coś:)
PS. Ponawiam pytanie, jest ktos na tyle obeznany z HTML'em i resztą, że mógłby mi wytłumaczyć, jak sie robi kategorie notek?
Pozdrawiam
Opowiadanie zainspirowane moim snem, a także muzyką z "Labiryntu Fauna" (świetny film, tak btw). A zatem...
***
- Nazywam się Kevin O’Connail…
Westchnienie.
Nerwowy grymas twarzy.
- Nazywam się Kevin O’Connail i jestem terrorystą.
Przełknięcie śliny.
Zaplatanie palców.
- Walczę o wyzwolenie Irlandii Północnej spod angielskiego jarzma i przyłączenie jej do ojczystej Irlandii. W tej chwili znajduję się w Londynie, na Sutherland Street, w domu numer 21. Jest…
Spojrzenie na zegarek.
- Jest 13:29 czasu Greenwich, dnia 15 listopada 2009. Dokładnie za 26 godzin i 31 minut premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown dokona uroczystego otwarcia wystawy sztuki nowoczesnej przy Willow Place. Pod budynkiem zostały ukryte materiały wybuchowe. Dokładnie za 26 godzin i 31 minut zostaną one przeze mnie odpalone.
Podchodzę do kamery i pstrykam włącznikiem. Wyjmuję kasetę i starannie ją opisuję. Imię, nazwisko, data. Sam nie wiem, po co to nakręciłem. Może po to, żeby coś po mnie zostało? Coś więcej, niż krwawe strzępki pośród dymiących ruin. Bo tym właśnie będę za dwadzieścia sześć i pół godziny. Kładę kasetę na stoliku, tak, by była widoczna już od wejścia. Przygotowali mnie na to, że ostatnie godziny będą się dłużyć, więc próbuję zająć się czymś konstruktywnym. Chwytam jakąś książkę. Po paru chwilach ciskam nią o ścianę z przekleństwem na ustach. Nie mogę. Nie mogę myśleć o niczym innym, jak o tym, że za dwadzieścia kilka godzin zamorduję parę setek ludzi. Chwytam płaszcz i wybiegam na ulicę. Chodzę po mieście, desperacko usiłując zapomnieć. Wszystko na nic. Myśl drąży mój umysł uparcie i boleśnie, jak kornik drewno.
Jeszcze 20 godzin i 11 minut.
Niczego tak nie pragnę, jak zapomnieć.
Nie potrafię. Całą noc przesiedziałem w pubie, samotny przy brudnawym stoliku, nad jednym, doszczętnie wygazowanym i obrzydliwie ciepłym, kuflem piwa. Myślałem. O wszystkim i o niczym.
O rodzicach. Leżących w grobie w dalekiej Francji.
O mojej siostrze, Muireann. Zginęła niecały rok temu.
O zielonych łąkach i błękitnym niebie Irlandii.
O przemiłej, jasnowłosej i piwnookiej barmance w barze mlecznym, gdzie jadałem śniadania.
Jak myślisz, będzie o 16 na Willow Place?
Coś chwyta mnie za gardło. Pocieram twarz.
Nie. Na pewno nie przyjdzie.
Osiem godzin i siedemnaście minut.
Kelnerka przygląda mi się z mieszaniną zniecierpliwienia i zdziwienia na twarzy. Cóż, niech patrzy.
A ona? Przyjdzie?
Podnoszę się z krzesła, rzucam pieniądze na stolik. Nie biorę reszty. I tak już mi się nie przyda.
Jadąc autobusem, bezmyślnie gapię się w okno.
Ilu z tych ludzi, idących teraz ulicą, znajdzie się o 16 na Willow Place?
Niemal nie czuję szybkiej, zwinnej ręki, wślizgującej się do mojej kieszeni.
Chwytam kieszonkowca za nadgarstki i przyciągam do siebie.
Dziewczyna, może z siedemnaście lat. Ciemnobrązowe oczy, piegowaty nosek. I ognistorude włosy. Takie, jak miała Muireann. Patrzy na mnie z przerażeniem, wyczuła dłonią pistolet, ukryty w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Przykro mi, mała.
Ciągnę ją, niemal bezwolną, ku wyjściu z autobusu. Nie stawia oporu, kiedy prowadzę ją wąskimi uliczkami na Sutherland Street 21. Wchodzimy do mieszkania. Sadzam ją na kanapie. W jej oczach czai się przeraźliwy, obezwładniający strach. Nie mogę na to patrzeć. Mówię do niej uspokajająco, cichym i łagodnym głosem, jak do dzikiego, przerażonego zwierzątka. Kuli się na kanapie, usta jej drżą. Wzdycham ciężko i idę do kuchni zaparzyć herbatę.
- Wolisz kawę, czy herbatę? - pytam. Cóż, nawet nie oczekiwałem odpowiedzi. Wyciągam z szafki dwa kubki. Czuję na plecach jej wzrok, śledzi mnie, dokądkolwiek idę. Wracam do pokoju z dwoma parującymi kubkami w dłoniach. Jeden stawiam przed nią. Nawet na niego nie spojrzała. Wciąż wlepia we mnie te swoje przerażone oczy.
- Pij - nakazuję, przysuwając herbatę bliżej niej.
Po chwili wahania, chwyta kubek nagłym, gwałtownym ruchem. Przez moment pije łapczywie, parząc sobie wargi i podniebienie. Wolno odstawia kubek i podnosi na mnie oczy. Już nie przerażone, teraz widać w nich… wdzięczność? zaufanie? Odwracam ze wstydem wzrok. Nie zasługuję na to.
Nagle coś we mnie pęka i zaczynam mówić. Opowiadam jej o Irlandii, o sobie, o tym, że ma takie same włosy, jak Muireann. Długo wyjaśniam, dlaczego muszę wysadzić w powietrze wystawę sztuki. Jakbym się tłumaczył.
Przed nią czy przed samym sobą?
Kiedy kończę, długo patrzy mi w oczy. Co teraz czuje? Strach? Obrzydzenie? Nienawiść?
A może zrozumienie?
Z trudem podnoszę się z fotela. Czas ruszać.
Godzina i sześć minut.
Zakładam buty i płaszcz.
- Nie ruszaj się stąd nigdzie. - przykazuję dziewczynie.
Patrzy na mnie błagalnie. „Nie rób tego” - mówią jej oczy.
Tak mi przykro. Muszę. Tak trzeba, mała.
Kładę przed nią kasetę, nakręconą rano. Po namyśle dokładam portfel. Mnie i tak się już nie przyda, a jej - jak najbardziej.
- Nie kradnij więcej… - wyrywa mi się.
Co to ma być, idioto?! Terrorysta nawracający innych na dobrą ścieżkę?
Zagryzam wargi ze wstydem. Naraz wydaję się sobie żałosny i niedorzeczny.
Czyżbyś myślał, że ta odrobina dobra jest w stanie wyrównać to niewyobrażalne zło, które zaraz wyrządzisz?! Co ty sobie wyobrażasz?! Że cokolwiek możesz jeszcze zrobić dobrego poza zaniechaniem zamachu?
Trzymam już rękę na klamce, kiedy dobiega mnie ciche i stłumione:
- Dziękuję…
Nie mogę! Nie mogę tego słuchać! Jestem terrorystą i mordercą, do diabła! Tym „złym”! Mnie się nie dziękuje, cholera jasna, mnie można tylko wsadzić za kratki!
Zbiegam błyskawicznie po schodkach, nieomal się nie zabijając. Opieram się o mur. Drżę cały. Ze złości? Wstydu?
Wreszcie biorę się w garść i wychodzę na ulicę. Wszystko we mnie buntuje się przeciwko temu. Nie chcę tam iść.
Ale idę. Dla Irlandii. Dla Muireann. Tak trzeba.
Im bliżej Willow Place tym więcej ludzi. „Nie idźcie tam, idioci!” - mam ochotę krzyczeć. Podświadomie pragnę, żeby stało się coś, co przeszkodzi mi przyjść na czas. Może potrąci mnie samochód? Może gliny mnie przejrzały i zaraz mnie zamkną?
Ale nie robię nic. Nie zawracam. Nie uciekam. Nie pcham się pod koła pojazdów. Nie wrzeszczę na cały głos: „Jestem terrorystą!” Idę dalej. Tak trzeba.
W tłoku widzę znajomą kelnerkę. Zacinam zęby. „Tak trzeba”.
Dochodzę na miejsce.
Wielki tłum ludzi uświadamia mi raz jeszcze ogrom zbrodni, jaką zamierzam popełnić. Zaciskam pięści i idę. „Tak trzeba.” - powtarzam, jak mantrę.
Naraz migają mi gdzieś z boku znajome jasne włosy i piwne oczy. Łzy ciekną mi po twarzy.
- Tak trzeba!!! - wrzeszczę na głos.
Mało kto zwraca na mnie uwagę.
Wreszcie wchodzę do budynku bocznymi drzwiami.
Cisza i spokój.
Przez chwilę stoję nieruchomo, odzyskując nad sobą kontrolę.
Sześć minut.
Idę. Moje kroki rozlegają się głośnym echem w półmroku korytarza. Otwieram trzecie z kolei drzwi po prawej, wyciągam kratę wentylacji.
Mam przed sobą bombę. Patrzę na nią długo, wreszcie wystukuję kod aktywujący i biorę w dłoń detonator. Mam w ręku życie tak wielu ludzi…
Swoje także.
Zduszam w sobie instynkt życia.
- Tak trzeba - szepczę.
Wargi mam jak zdrewniałe.
Godzina 15:57. Trzy minuty.
Wskazówki zegara zdają się w ogóle nie poruszać.
Dwie i pół minuty.
Nagle drzwi otwierają się z trzaskiem, kątem oka widzę mundury komandosów.
Nawet nie zdążam się obrócić, powietrze przeszywa seria z karabinu. Ból eksploduje w moim ciele.
Padam na podłogę, krew zalewa płuca, ciemnieje mi przed oczyma.
Ostatkiem sił wciskam guzik detonatora.
Potężny rozbłysk światła, ogłuszający huk.
Potem ciemność.
Soczysta zieleń i błękit, gdzieś w tle piękna, słodka muzyka. Uśmiecham się. To Irlandia…
...
środa, 5.marca.2008, 22:17
Temperatura za oknem: 0 stopni Celsjusza.
Śnieg na ulicach.
To tyle w temacie wiosny.
Shit!
wtorek, 4.marca.2008, 23:35
Ha! Dopadła mnie niemoc twórcza… Straszne, nie potrafię sklecić choćby jednego sensownie brzmiącego zdania. Najbardziej irytujący w tej całej sytuacji jest fakt, że historie, które mam zamiar opisać wymyślam bez problemu. Schody zaczynają się, gdy próbuję je przelać na papier, względnie na komputer. Mam niekomfortowe wrażenie, że opowiadania siedzą w mojej głowie i podśmiewają się ze mnie bezczelnie. Ale cóż, chyba każdy autor ma czasem takie problemy. Myślę, że tylko „tfu-rcy” są w stanie pisać i pisać. W każdym razie, jestem w trakcie tworzenia trzech opowiadań, dwóch w miarę krótkich, natomiast ostatnie zapowiada się na dłuuugie. Jak się słusznie domyślacie, znajdą się one na blogu.
A tak à propos niemożności sklecenia sensownego zdania, jutro czytając tą notkę zapewne złapię się za głowę i wykasuje ją (notkę, nie głowę…) w trybie natychmiastowym…
Btw, za „Mitologis” w dzienniku wylądowała prześliczna piąteczka.
Aha, byłabym zapomniała… Jest ktoś na tyle sprytny, że potrafiłby mi wytłumaczyć, o co chodzi z kategoriami notek, jak się je robi i jak się zmienia szablon na podstronach? Byłabym wdzięczna za pomoc w tej kwestii.
Króciutkie opowiadanko, w sumie zadanie domowe z polskiego(- Na jutro napiszcie opowiadanie. - Jakie, proszę pani? - Jakiekolwiek. - Ahaa…). Język prosty, wręcz ubogi, ale czego można oczekiwać po tworze powstającym około pierwszej wieczorem? A zatem, voila.
Środkiem ciemnej, pustej ulicy wiatr przewiał z nieprzyjemnym szelestem kilka zaschniętych liści. Neon, który reklamował knajpę serwującą wątpliwej jakości trunki, zamigotał i zgasł. W krąg światła najbliższej latarni wszedł jakiś człowiek. Młody, na oko dwudziestoletni. Jego ciężkie buty głośno stukały o bruk z każdym krokiem. Mężczyzna opatulił się szczelniej kurtką, wbił zaciśnięte pięści w kieszenie. Szybko wyszedł z żółtawego, ciepłego kręgu światła i ponownie zanurzył w ciemności. Wtem zza zakrętu ktoś wyszedł mu naprzeciwko. Staruszka, wykrzywiając pooraną zmarszczkami twarz w dziwacznym grymasie, w paru susach, zadziwiająco energicznych, jak na jej wiek, dopadła swej ofiary.
- Bogowie mają dla Ciebie prezent, mój mały - wysyczała mężczyźnie do ucha, chwytając go za łokieć. Wyrwał się jej bez słowa i przyspieszył kroku. Po chwili zaczął biec, ogarnięty dziwnym lękiem. Obejrzał się nerwowo za siebie. Upiornej babcinki nigdzie nie było widać.
- Szukasz kogoś? - usłyszał ułamek sekundy przed bolesnym zderzeniem. Zachwiał się i klapnął ciężko na wilgotną jezdnię.
- Nie wierzę w bogów. - burknął do staruszki, stojącej nad nim i szczerzącej zepsute zęby w sardonicznym uśmiechu.
- Ale oni wierzą w Ciebie. I mają dla Ciebie prezent. - zachichotała jak wiedźma.
Wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał na nią z lekkim obrzydzeniem i wstał bez pomocy.
- Mają dla Ciebie niespodziankę! - zawołała za nim, gdy zagłębiał się w ciemny labirynt uliczek.
****
Prawie biegł, chcąc jak najszybciej oddalić się od dziwacznej staruszki. Skręcił w prawo, potem w lewo i znowu w lewo, przeszedł przez na wpół zrujnowane podwórko i… zgubił się. Nazwy uliczek nic mu nie mówiły, wszystkie domu wyglądały tak samo obco i niezachęcająco.
„Szkoda, że nie mam nici Ariadny” przemknęło mu przez głowę, gdy błąkał się, bezsilny, pomiędzy budynkami. Zdziwił się. Skąd u niego takie myśli? Wtem usłyszał za sobą szybkie kroki. Obrócił się, ale zdążył zauważyć tylko znikającą w ciemności sylwetkę. Czy to złudzenie, czy tamten ktoś, mimo postury człowieka, miał nieproporcjonalnie dużą głowę o dziwnym, wydłużonym kształcie i… rogi? Nie, to na pewno wyobraźnia płata mu figle! Zawołał za nim, chcąc zapytać o drogę, ale zamiast tego niemal wpadł na jakąś kobietę. Brązowe, jak kasztany, szeroko rozwarte oczy wpatrywały się w niego z błaganiem. - Czyś widział moją córkę?! - wykrzyknęła - Widziałeś ją?
Pokręcił przecząco głową.
Zabrał ją, zabrał… - zajęczała nieszczęsna matka - Moją biedną, kochaną córeczkę, moje dziecko… Bawiła się, a on ją porwał! Moje drogie dziecko…
- Gdybyś ja zobaczył. - oczy nagle zajaśniały nową nadzieją - Powiadom mnie szybko, jak najprędzej. Nazywam się Demeter. Demeter, zapamiętasz?!
Skinął bezwiednie głową. Kobieta oddaliła się biegiem, zanim zdążył spytać o drogę. Wzruszył ramionami, wznawiając marsz.
****
- Cześć, kotku… - słowa te, wypowiedziane miękkim zmysłowym głosem, wyrwały go z zamyślenia. Obejrzał się. W świetle latarni stała dziewczyna. Krótka, obcisła spódniczka, wyzywająco wydekoltowana bluzka i ostry makijaż nie pozostawiały wątpliwości, co do jej profesji.
- Chcesz zaznać bogini miłości i pożądania? - spytała, zachęcająco poruszając biodrami.
- Afrodyta! - rzucił, tknięty nagłą myślą.
- Znasz mnie? - zmrużyła wymalowane oczy, zatrzepotała rzęsami.
Pokręcił gwałtownie głową, oddalając się szybko.
****
Idąc, miał coraz większy mętlik w głowie. Co to wszystko ma znaczyć?! W ciemności zauważył siedzącą pod murem grupkę młodych ludzi.
- Chcesz się napić z Rzeki Zapomnienia? - spytał jeden z nich
- Wody z rzeki Lety… - dopowiedział drugi
Rzeka Zapomnienia, Leta? - nic z tego nie rozumiał. Aż do chwili, gdy zobaczył, jak któraś z dziewczyn podwija rękaw, wbija w ramię strzykawkę i wstrzykuje jej zawartość. Po chwili twarz dziewczyny rozluźniła się, ułożyła w pełen błogości grymas.
****
Zaczynał rozumieć. Człowiek z głowa byka, Demeter i zaginiona córka, Afrodyta, Rzeka Zapomnienia i wszyscy inni, których spotkał później. O, Boże… Czy może lepiej: o, bogowie… Prezent od bogów!
****
- Tak nie wydostaniesz się z labiryntu. - usłyszał męski głos
Zatrzymał się gwałtownie.
- Krążysz wciąż w kółko. Wciąż te same drogi. Tak się nie da wyjść.
Rozejrzał się wokoło, szukając wzrokiem mówiącego.
- Tak nie wyjdziesz - powtórzył głos.
Z ciemności wynurzył się młody, jasnowłosy chłopak z potężnymi skrzydłami u pleców. Białe pióra ostro odcinały się od półmroku wokoło.
- Tylko tam jest ucieczka - mruknął, wskazując dłonią niebo. - Daj mi rękę.
Posłusznie wypełnił polecenie. Ciężko, z wysiłkiem oderwali się od ziemi. Lecieli nad miastem, tam na dole został Minotaur, Afrodyta i wszyscy inni. Prezent od bogów. Nagle, tknięty przeczuciem spojrzał w górę, na twarz Ikara. Stara, kobieca twarz, pocięta siecią zmarszczek. Cienkie wargi, wygięte w okrutnej parodii uśmiechu, odsłaniają zęby jak spróchniałe pieńki. Wrzasnął, zobaczywszy tamtą upiorną babinkę i puścił podtrzymujące go ręce Ikara. Spadał.
****
- Nadal nie wierzysz w bogów? - zabrzmiał cierpki głos, przesycony ironią.
Przed oczyma zamajaczyła mu czyjaś ciemna, przygarbiona sylwetka. Rozejrzał się. Na ulicy, poza nim, nie było żywej duszy. Stał w ciepłym kręgu światła latarni, nad jego głową mrugał zepsuty neon, a jezdnią płynęły niesione wiatrem suche liście. Owinął się cieplej kurtką. Chłodna dziś noc.
Autentyczny dialog pomiędzy dwoma „sexy blondi” zasłyszany w dniu dzisiej… w zasadzie wczorajszym (uwaga, ilość sekwencji Tak!Nie! została zachowana):
Blondi A: On się tobie podoba!
Blondi B: Nieprawda!
Blondi A: Tak!
Blondi B: Nie!
Blondi A: Tak!
Blondi B: Nie!
Blondi A: Tak!
Blondi B: Nie!
Blondi A: TAK!
Blondi B: NIE! NIEEE! Jesteś popierdolona!
Blondi A: Sama jesteś popierdolona!
Niestety, nie dane mi było wysłuchać dalszego ciągu tej jakże fascynującej wymiany poglądów, która najprawdopodobniej zakończyła się rękoczynami, ponieważ, och, co za szkoda, musiałam już wysiąść. Choć, przyznam, korciło mnie, żeby pojechać jeszcze parę przystanków i prześledzić tę arcyinteligentną rozmowę do samego jej końca…
2008
luty (4)marzec (3)kwiecień (1)czerwiec (2)sierpien (1)2009
luty (1)czerwiec (2)wrzesień (1)październik (1)2010
styczeń (1)
Opowiadania
Mitologis
"Tak trzeba"
Ker Ilith cz.I
Ker Ilith cz.II
Ker Ilith cz.III
Ker Ilith cz.IV











Mój Profil
Podlinkuj
brak kategorii (17)
wszystkie (17)
Design by
Shadow
special for service
Les patrons.
Graphic by
Memod.
Fonts from
Dafont.
All rights reserved.
Powered by
Mylog.